Po wizycie w zamku - spacer po mieście... Szok... Miasto nudne, smutne i brzydkie... Ja rozumiem, że cegły ze Starówki poszły na odbudowę Warszawy, że były lata zaniedbań i oszczędności ale to, co zrobiono z Marienburga woła o pomstę do nieba. Smętnie, blokowo i szaro - tylko gdzieniegdzie jakieś wspomnienie po zabytku (vide: Ratusz i resztki wież obronnych). I zero podejścia marketingowego. Po oddaleniu się od zamku na 300 metrów nie ma nawet gdzie przysiąść czy napić się kawy. Wygląda to jak "turysto - widziałeś zamek a teraz wypierdalaj...". Masakra...
Jako podsumowanie najlepsze jest to, że w odległości kilku kroków od krzyżackiej twierdzy, w ponurej knajpie, smętny pan grał na keybordzie i beznadziejnym głosem wyśpiewywał "Białeje rozy".
Sam zamek rewelacja - widać lata pracy włożonej w przywrócenie miejsca do stanu używalności publicznej. Nawet otwarto miejsca zamknięte onegdaj dla zwiedzających - Wielki Refektarz i Kościół Zamkowy pod wezwaniem NMP. Pierwszy uderza urokliwością, drugi ogromem zniszczeń.
Rozbroiło mnie nocne przedstawienie "Światło i Dźwięk"... Pompatyczne, patetyczne i... jakby zatrzymane w czasie gdy Daniel Olbrychski był jeszcze młody ;) Ahhh, ci źli Germańce... ;) Dobrze, że chociaż deszcz budował nastrój... Bo widoczne wszędzie głośniki już nie.
Pozostaje jedno pytanie - dlaczego w całym zamku nie ma ani jednego (mniej lub bardziej uwspółcześnionego) Krzyżaka...? (zwłaszcza przy takich cenach wstępu....)